Babcia na drodze

Ja już nawet ogórki zasadziła, ale przyszła „generalna” i wszystko wstrzymała. Tu się panie żyć nie da. Jak oni jadą, to w nocy spać ani rusz, bo wszystko się trzęsie, nawet łóżko. Obiecywali nowe mieszkanie, a już dwa lata mijają i raz dają, a raz je wstrzymują. Ja tu panie mieszkam, jak na środku drogi i tylko patrzeć, jak mi jakiś TIR do łóżka wjedzie.
Droga nr 10. Domek z zabudowaniami vis a vis stacji Petrochemii Płock. W odległości 80 cm od okien brzeg arterii łączącej Szczecin ze Stargardem. Lada moment przez obejście zostanie poprowadzona druga, nowa droga, realizowana w ramach arterii łączącej docelowo Szczecin z Warszawą.
Pierwszy etap zakończono w okolicach wsi Motaniec. Teraz trwa budowa drugiego. Trasę tak wytyczono, że część nowej jezdni wchodzi na podwórko domu, w którym mieszka samotnie 76-letnia Waleria Ogonowska.

Bo mi go zabiorą
Po wybudowaniu drugiego odcinka domek babci Walerii znajdzie się dokładnie między dwoma drogami. Już teraz, gdy pod oknami prowadzi droga nr 10, nie sposób w nim mieszkać. Nie wytrzymują tego nawet zwierzęta domowe.
-- Dostała ja od córki kurki, ale pochodziły trochę, podziobały jedzenie na podwórku i szybko stały się jakieś takie niemrawe, jak nie kury – opowiada pani Waleria. – W ogródku posadziła ja ogórki, ale przyszła „generalna” i mówi, że nie warto, bo mi go zaraz zabiorą.

Nerwy
-Babcia Waleria splata nerwowo dłonie, po czym opiera je o twarz, by ukryć łzy, które toczą się po policzkach przeoranych głębokimi bruzdami.
-Słowem „generalna” określa osobę, kontaktującą się z nią z ramienia Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Nie rozumie nic z tego, co dzieje się wokół niej w związku z budową nową drogą. Gospodarstwo jest jej, przyzwyczaiła się do niego, bo tu po śmierci męża wychowała trójkę dzieci.
-Ma telewizor, ale zmiany otaczającego ją świata ocenia przez pryzmat tego, co dzieje się za oknami. Przez całe niemal życie miała spokój, a tu nagle dowiaduje się, że mimo, iż ziemia jest jej, ktoś chce ją zabrać wraz z domem, a ją wyekspediować gdzie bardzo daleko.

Szyby w oknach pękają
-Na tereny odzyskane, jak je wówczas nazywano przyjechała w 1946 roku z rodzicami z wileńszczyzny ze wsi Worodniczy. Miała wówczas 16 lat. Przez 20 lat pracowała w Rejonie Dróg Publicznych w Szczecin Dąbiu.
-- Ciężko było, gdy mąż Michał zmarł, a ja panie sama była – wspomina tamte lata.- Do Dąbia musiała jeździć, bo tam pracowała. Wstawała skoro świt, ale nie narzekała, bo dla dzieci pracowała. Jakoś się wówczas z człowiekiem liczyli. Nie był jak płot, co go zwalić można i postawić gdzie indziej. Pracowała daleko, ale w pracy pomagali.
Kolejne strony artykułu: 1 | 2